piątek, 13 października 2017

Dobra nowina - fragment


Twój czas nadejdzie.
Zatopiony w millenialnym letargu, pod wielotonową pokrywą postmortalnego obowiązku. Czekający na znak z Niebios, na przebudzenie pośród miliardów winnych dusz.
Twój czas nadejdzie.
Gdy wypadasz z objęć Morfeusza, na oblicze ziemi wypływa najczystsza trwoga. Drży wtedy jak w febrze, a jej skorupa pęka, wyrzucając na powierzchnię potoki magmy. Wzbierają wody, one także czują Twój niepokój. Ściany fal walą się na brzegi.
Twój czas nadejdzie.
Gdy Ciebie męczy nocna mara, na ludzi zstępuje obłęd. Jedno jego dotknięcie na zawsze wypacza ludzki umysł.
Wszystko co złe drży, instynktownie przeczuwając, że Twój czas nadejdzie.
Niebo płakało, gdy odszedł Kastor. Nie był Mesjaszem, jedynym sprawiedliwym czy Bożym wybrańcem. Tak naprawdę, był tylko zwykłym człowiekiem, takim jak każdy z nas. Z pewnością można o nim powiedzieć, że był dobry. Zawsze starał się pomagać innym. Na swojej uczelni głosił śmiałe tezy, które poprowadziły świat ku dobremu. Studentów traktował uczciwie. Żonę i dzieci kochał najmocniej na świecie i choć zdarzało mu się ich skrzywdzić, to zawsze rozumiał swoją winę i szczerze żałował swoich czynów. Jego motywacje nie zawsze były czyste, a jego umysł prawie nigdy pełen cnoty. W swoim życiu posmakował też zła i sam dał posmakować go innym. Nie był zły, nie neutralny, ale z pewnością nie był też człowiekiem idealnym. A jednak niebo płakało, gdy Kastor odchodził, zamordowany przez oponenta w wyjątkowo ognistej, podsycanej alkoholem dyskusji.

Twój czas nadszedł.

            Najpierw rozległ się grzmot, a wszystko co żywe poczuło go i cień strachu padł na ziemię. Potem niebo pękło na dwoje i zaczęło swoje krystaliczne łkanie. Malutkie diamenty, oszlifowane w kształt łzy, rozbijały się o ziemię, budynki i ludzi. Kaleczyły i zabijały. Gdy najtwardszy z deszczy ustał, cale lico Ziemi pokryte było kilkoma centymetrami karbonowego miału. Co bardziej przedsiębiorczy ludzie już zaczęli go zbierać. Nieliczni zajęli się pomocą rannym. Znaczna część martwych została pogrzebana w drogocennej zbiorowej mogile, w jaką zmieniła się powierzchnia planety.

            Wtedy niebo zaszlochało po raz drugi, lecz tym razem nie powitało ludzi krystalicznymi łzami, lecz krwią. Czerwona ciecz strugami lała się z nieba. Gorąca, wypalała znamiona w skórze narażonych na choćby jedną kroplę. Niektórych paliła jak najzajadlejszy z kwasów. Jeśliby ktoś upił chociaż kroplę, to jego wnętrzności natychmiast zaczynały parować i przez  pękającą skórę wyciekały z jam ciała.

Budź się, Aniele Śmierci! Powstań i wraz ze swymi zastępami zejdź na Ziemię, by ukarać zło!

            Gdy niebo finalnie ucichło i ponownie przyoblekło swój błękit, dwunastu ludzi na całym świecie poczuło nagle uczucie nieodpartego szczęścia. Ich tęczówki zalśniły złotem. Aurum otoczyło całe ich ciało, a z pleców nagle zmetalizowanej sylwetki wytrysnęły skrzydła, rozpiętością dorównujące całym budynkom. Wzniosły ich one do nieba, które ponownie zagrzmiało i rozwarło się, by ich przyjąć.

            Po kilku godzinach, gdy świat otrząsnął się z pourazowego szoku, zapanował chaos. Chaos w mediach, chaos wśród przywódców państw, chaos wśród wojsk, w końcu chaos wśród zwykłych ludzi. Nikt nie wiedział, czego właśnie byli świadkiem ani co należy zrobić dalej. W końcu z każdej grupy bezładnych krzykaczy wyłonił się lider, który przejął na moment kontrolę. Nie byli to ludzie jednoznacznie źli lub dobry. Niektórzy robili to z potrzeby, inni dla własnej korzyści, ale każdy wydał mniej więcej te same polecenia. Rannych opatrzyć, zmarłych pochować. Pilnować porządku. Posprzątać z ulic diamentowy pył i utylizować, wrzucać w płomienie, skalne zapadliska, bezdenne przepaści, na dna oceanów i w kratery wulkanów. To ostatnie spełniane było z większym niż dużym opóźnieniem, bowiem żaden ze sprzątaczy nie oparł się chęci przywłaszczenia sobie jak największej ilości drogocennego miału. Nawet jeśli był splamiony czyjąś krwią, nawet jeśli była to krew kolegi, który w swojej torbie miał go dużo, a był na tyle głupi, że rzeczywiście chciał wyrzucić na zmarnowanie tak wartościowy surowiec.

            Po kilku miesiącach świat mniej więcej doszedł do siebie. Media wciąż szalały, odnotowano nadzwyczajny wzrost wszelakiej maści księży i kaznodziejów, ale traumatyczne wrażenia powoli odchodziły w niepamięć. Prace porządkowe zakończono, zmarłych opłakano, a wśród ludzi upowszechniło się przekonanie, że prawdziwie sprawiedliwi zostali zabrani do Nieba, grzesznicy ukarani, a Ziemia zmieniła się w czyściec. Ja też z początku to wierzyłem, ale nie na tyle długo, by zaskoczyły mnie wydarzenia pewnego upalnego lipcowego dnia. Nazywam się Jakub Volek, a to jest moje magnum opus, dzieło, któremu poświeciłem każdą chwilę mojego życia po Dniu Wniebowstąpienia. Jest to moja dobra nowina. Ewangelia strachu, śmierci i zniszczenia.

***

Przebudźcie się. Wybraliście, więc dopełnijcie dzieła. Wypalcie grzechy z oblicza planety, a zostanie wam odpuszczone.

            Na kilka dni przed Dniem Wniebowstąpienia stanąłem przed ważnym wyborem. Niedługo miał okazać się równie istotny, co zeszłoroczny śnieg, lecz wtedy była to dla mnie kwestia życia i śmierci. Musiałem wybrać kierunek studiów. Ta decyzja miała zaważyć na całym moim przyszłym życiu, dlatego tak mnie stresowała. Miałem do wyboru gwarantującą dobrze płatny zawód elektrotechnikę, za którą jednak nie przepadałem, oraz moją prawdziwą pasję – dziennikarstwo. Ojciec wychowywał mnie samotnie, a jako elektryk chcąc nie chcąc wpoił mi podstawy i pewną sympatię do tego zawodu.


niedziela, 24 września 2017

Cybernetyfikacja – rozdział 4.

Panorama Miasta nie jest już tak nowoczesna, za to zdecydowanie bardziej dramatyczna. Może to i dobrze, chociaż trochę szkoda centrum – rozmyślał generał. Gdyby tylko dało się to rozwiązać jakoś inaczej, nie zniszczyć wtedy drapaczy chmur, a precyzyjnymi atakami zlikwidować lub chociaż pojmać ówczesną władzę, która i tak nie miała niemal żadnej kontroli nad ludźmi na swoim terenie... Potrząsnął głową. Znów rozmarzył się, wpatrując w panoramiczne okno zastępujące jedną ze ścian jego biura w ocalałym wieżowcu. Na dodatek, oficerowie już kilka minut oczekiwali na rozkazy, a on wciąż milczał, wpatrując się w zniszczone budynki.


poniedziałek, 18 września 2017

Casus belli (tym razem naprawdę)



To się opublikuje automatycznie kilka godzin po ogłoszeniu wyników konkursu, ustawiam to 26.03.2017. Mam nadzieję, że miło się czekało ^^ 

Alad V. Błękitna, niemal całkowicie pokryta pełnym życia oceanem planeta. Jedna z niewielu, gdzie ludzie, wyrzekłszy się przynależności do Imperium Galaktycznego, żyją z nami w zgodzie. Nie ma tu wojen, pogromów, prześladowań, nie ma broni zdolnych do rozniesienia w pył połowy galaktyki – myślał  Ran’gho, podziwiając widok z pancernego okna w sali konferencyjnej. Na neutralnej stacji kosmicznej w kształcie obwarzanka rolę grawitacji spełniała siła odśrodkowa, więc okno, z perspektywy ziemskiego obserwatora znajdujące się na ścianie, w rzeczywistości otwierało widok na nieskończoną przestrzeń pod stopami obecnych w pomieszczeniu. Niektórzy, zwłaszcza nienawykli do podobnego wystroju wnętrz członkowie ziemskiej delegacji pokojowej, usilnie starali się nie spoglądać w dół.

niedziela, 26 marca 2017

Casus belli

Przed chwilą zaplanowałem posta na blogu. Opowiadanie "Casus belli", z którego jestem dumny. Na kiedy zaplanowałem? Osiemnasty września 2017, godzina 16.00. Bo to opowiadanie konkursowe, a właśnie w ten dzień jest ogłoszenie wyników. Miłego czekania ^^
Och dobra, tu jest fragmencik:

wtorek, 14 marca 2017

Związek z nieskończonością

Między artystą a jego dziełem istnieje nierozerwalna więź. Wkłada w nie pracę, poświęca swój bezcenny czas, składowymi powstałego tworu są też jego emocje, trud włożony w wykonanie, odciski na rękach, pot ściekający z czoła – oczywiście pot metaforyczny, nie każdy artysta to rzeźbiarz ciosający monumentalne głazy, ale skala wysiłku jest podobna.

niedziela, 26 lutego 2017

Makabreska


Gdy jak co wieczór biegała w parku na skraju miasta, jej uwagę zwrócił głośny szelest dobiegający z kępy zarośli rosnących tuż koło ścieżki. Szelest, a potem trzask, jakby łamanej gałęzi. Nie przerywając biegu wzruszyła ramionami. To tylko wiatr, albo jakieś zwierzę - pomyślała.

Kiedy z zarośli dobiegł ją głośniejszy niż wcześniej trzask, jej wytrenowany w wojsku słuch błyskawicznie rozpoznał odgłos strzału z broni pneumatycznej. Pierwszą  reakcją był odskok, byle dalej od toru lotu potencjalnie śmiercionośnego pocisku. Sekundę później usłyszała drugi trzask, a na prawej łydce, tuż pod kolanem poczuła  silne ukłucie. W momencie, gdy skierowała tam wzrok, świat zaczął zwalniać. Kształty rozmazywały się, a barwy mieszały. Strzałka ze środkiem usypiającym - zrozumiała przerażająco powoli. Kolorowe plamy, które widziała, stawały się coraz ciemniejsze… aż w końcu zapadła czerń.